Świadectwo Bożeny i Krzysztofa Pietraszkiewiczów zostało przedstawione podczas Światowego Apostolskiego Kongresu Miłosierdzia Bożego, który odbył się w czerwcu 2026 roku w Wilnie.

Wilno od blisko stu lat pozostaje szczególnym miejscem związanym z przesłaniem Bożego Miłosierdzia. To właśnie tutaj św. Faustyna Kowalska otrzymała objawienia Jezusa Miłosiernego, tutaj powstał pierwszy obraz Jezusa Miłosiernego, a słowa „Jezu, ufam Tobie” rozpoczęły swoją drogę do milionów serc na całym świecie. W czerwcu tego roku do stolicy Litwy przybyli pielgrzymi z kilkudziesięciu krajów, by uczestniczyć w Światowym Apostolskim Kongresie Miłosierdzia Bożego. Przez sześć dni Wilno rozbrzmiewało modlitwą, świadectwami, konferencjami i wspólnym uwielbieniem Boga bogatego w miłosierdzie.
Podczas Kongresu prelegenci mówili o teologii, dzielili się doświadczeniem wiary i przypominali o potrzebie miłosierdzia we współczesnym świecie. Jednak najbardziej zapadały w pamięć nie wykłady, lecz świadectwa – opowieści zwykłych ludzi, którym Bóg wszedł w życie w chwili, gdy oni sami niemal przestali Go szukać. Świadectwo Wilnian, Bożeny i Krzysztofa Pietraszkiewiczów, było jednym z takich momentów.
Dziś są małżeństwem odnowionym przez łaskę. Wychowują pięcioro dzieci i nie mają wątpliwości, że to właśnie Boże Miłosierdzie ocaliło ich rodzinę.
Poznali się jako młodzi ludzie. Z Kościołem byli związani raczej tradycyjnie – wiara była dla nich bardziej zwyczajem niż żywą relacją z Bogiem. Przyjęli sakramenty, zawarli małżeństwo, pojawiły się dzieci. Rozpoczęła się codzienność pełna obowiązków, pracy i troski o rodzinę.
– Żyliśmy tak jak wiele młodych rodzin. Chcieliśmy mieć dobrą pracę, samochód, mieszkanie, wakacje. Nikt jednak nie uczył nas, jak dbać o relację i jak nie zagubić siebie nawzajem w codziennym biegu – wspominają.
Początkowo wszystko układało się dobrze. Powstawał dom, dorastały dzieci, były plany i marzenia. Jednak z czasem coraz częściej pojawiały się wzajemne oczekiwania, rozczarowania i pretensje.
– Wymagaliśmy od siebie coraz więcej. Każde uważało, że daje z siebie wszystko, a drugie powinno zrobić jeszcze więcej.
Krzysztof przyznaje, że w tamtym okresie wiara schodziła na dalszy plan.
– Wydawało nam się, że sami jesteśmy panami własnego losu. Kiedy jest się młodym i zakochanym, człowiek myśli, że kryzysy dotyczą innych.
Z uśmiechem wspomina nawet dzień ślubu.
– Gdy składano nam życzenia miłości i zgody, bardziej myśleliśmy o tym, żeby życzono nam pieniędzy. Takie były wtedy nasze priorytety.
Dzisiaj mówi o tym bez wstydu. Wie, że wielu młodych ludzi myśli podobnie. Są przekonani, że szczęście można zbudować własnymi siłami.
– Nikt nas nie nauczył, jak dbać o relację małżeńską – mówi Bożena. – Zakładaliśmy, że skoro się kochamy, wszystko będzie układało się samo.
Poważne problemy zaczęły się po kryzysie gospodarczym z 2009 roku. Krzysztof podjął pracę kierowcy międzynarodowego. Wyjeżdżał na długie tygodnie.
– Wydawało mi się, że robię to dla rodziny – mówi. – Chciałem zapewnić nam bezpieczeństwo finansowe. Dziś widzę, że była w tym także pewna ucieczka od codzienności.
Bożena została sama z dziećmi i wszystkimi obowiązkami.
– Paradoksalnie mnie też było wygodnie – przyznaje szczerze. – Sama podejmowałam decyzje, sama organizowałam życie domu, nikt mi nie przeszkadzał.
Z czasem zaczęli funkcjonować jak dwa odrębne światy. Kiedy Krzysztof wracał do domu po kilku tygodniach nieobecności, każde miało zupełnie inne oczekiwania.
– Ja marzyłem o odpoczynku, ciszy i spokoju – wspomina. – Chciałem dobrze zjeść, spotkać się ze znajomymi.
– A ja potrzebowałam rozmowy – dodaje Bożena. – Chciałam opowiedzieć o wszystkim, co wydarzyło się podczas jego nieobecności. Chciałam, żeby mnie wysłuchał.
Oboje byli zmęczeni. Oboje czuli się niezrozumiani. Oboje byli przekonani, że to oni dają więcej dla drugiej strony.
– Każde z nas uważało się za bardziej skrzywdzone – mówi Bożena. – Ja czułam się samotna w wychowywaniu dzieci. Krzysztof czuł się samotny w odpowiedzialności za utrzymanie rodziny.
Coraz częściej pojawiały się kłótnie. Coraz więcej wzajemnych pretensji. Narastające napięcia były szczególnie bolesne dla Krzysztofa. Dorastał w rodzinie naznaczonej problemem alkoholowym i od dziecka marzył, żeby jego własne małżeństwo wyglądało inaczej.
– Zawsze wyobrażałem sobie rodzinę pełną miłości i zgody – mówił. – Miałem zupełnie inną wizję niż ta, którą znałem z domu rodzinnego. Tymczasem coraz częściej widziałem, że nasze małżeństwo zmierza w bardzo niebezpiecznym kierunku.
– Zdarzało się nam nawet mówić, że kiedy dzieci dorosną, każde pójdzie swoją drogą. To były okrutne słowa – wspomina Krzysztof.
Po jednej z kolejnych kłótni Krzysztof zrobił coś, czego wcześniej właściwie nie robił. Modlił się. Nie była to jednak wyuczona modlitwa. Było to wołanie człowieka, który nie miał już sił.
– Powiedziałem wtedy: „Panie Boże, jeśli naprawdę jesteś, zrób coś. Pomóż mi. Przecież marzyłem o innej rodzinie. Widzisz, że oboje się staramy, ale nie potrafimy się porozumieć”.
Było to kilka miesięcy przed diagnozą. Najpierw pojawił się kaszel. Potem gwałtowna utrata wagi – dwanaście kilogramów w krótkim czasie. Wreszcie przyszło osłabienie tak duże, że brakowało siły, by dojść do łazienki. Lekarze podejrzewali zapalenie oskrzeli, ale leczenie nie przynosiło rezultatów. Aż w końcu znaleźli przyczynę: chłoniak, trzecie stadium.
Leczenie było ciężkie. Chemioterapia i naświetlania całkowicie wyczerpały Krzysztofa. W płucach pojawiły się liczne zmiany nowotworowe.
Pewnej soboty lekarze wypisali go do domu na weekend. Przyjaciele zaprosili ich na mszę świętą do Kościoła Ducha Świętego w Wilnie. Liturgii przewodniczył znany charyzmatyk z Polski, dlatego świątynia była przepełniona wiernymi. Przyjechali wcześniej, aby znaleźć miejsce dla chorego i osłabionego Krzysztofa. Usiedli przy konfesjonale – nie z wyboru. Po prostu tam były jeszcze wolne miejsca. I wtedy ktoś z ich kolegów powiedział:
– Idźcie do spowiedzi.
Przy konfesjonale Bożena się zawahała. Była u spowiedzi tylko dwa razy w życiu: przed Pierwszą Komunią Świętą i przed sakramentem małżeństwa. Potem już nie korzystała z sakramentów, nie przyjmowała Komunii Świętej i nie uczestniczyła regularnie we mszy świętej.
– Ale wtedy pomyślałam: „Może to ostatni raz, kiedy możemy razem przyjąć Komunię Świętą. Może to ostatni raz, kiedy jesteśmy razem”.
Spowiedź nie poszła jej łatwo, w ciągu wielu lat nazbierało się dużo grzechów, ale Pan Bóg dał jej odwagę, by wszystko wyznać. W konfesjonale usłyszała słowa, które stały się dla niej przełomem.
– Pan Bóg już dawno ci wybaczył. Teraz ty sama musisz sobie wybaczyć.
Te słowa głęboko zapadły jej w serce.
Krzysztof również wstał i podszedł do konfesjonału – mimo że wiedział, iż straci miejsce siedzące i może nie mieć siły stać.
– Nie pamiętam już słów ani swoich, ani księdza. Pamiętam tylko to, co było potem – radość, spokój, jakieś niesamowite oczyszczenie. Tego się nie da opisać.
Przez całą mszę i modlitwę po niej – prawie trzy godziny – Krzysztof stał. On, który dzień wcześniej nie mógł przejść korytarza.
Po wielu latach wrócili do Komunii Świętej.
Po powrocie do domu coś się zmieniło. Było inaczej. Nie choroba – ta trwała nadal, ale oni sami byli inni. Zaczęli szukać Boga wspólnie: rekolekcje, spotkania modlitewne, regularna msza święta. Ostra Brama i Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, z czego słynie ich miasto, Wilno, stały się miejscami, do których wciąż wracali. Zaczęli odkrywać, że wiara nie jest dodatkiem do życia. Jest jego fundamentem.
A leczenie trwało nadal. Przed Krzysztofem był jeszcze przeszczep szpiku kostnego i kolejne miesiące niepewności.
– Każdego dnia modliłem się o siłę, wiarę i ochronę. Wiele rzeczy, które wydarzyły się podczas leczenia, odbieram jako prawdziwe cuda dokonujące się przez ręce lekarzy – opowiada.
Od choroby minęło ponad pięć lat. Krzysztof znajduje się w całkowitej remisji. Jak wielu pacjentów onkologicznych, Krzysztof musiał nauczyć się żyć od nowa. Właśnie wtedy wydarzyło się coś, co małżonkowie pamiętają do dziś. Kilka lat temu do Kalwarii Wileńskiej przyjechał ewangelizator Maciej Zieliński. Podczas spotkania zgromadziły się setki osób. Bożena i Krzysztof stali bardzo daleko od ołtarza.
– Byliśmy właściwie na samym końcu – wspomina Bożena.
Nagle ksiądz spojrzał w ich kierunku i wskazał palcem.
– Słuchajcie, Bóg dał wam uzdrowienie. Żyjcie w pokoju i cieszcie się tym wszystkim, co macie.
Nie przyszło im nawet do głowy, że mówi właśnie do nich, było tam przecież mnóstwo ludzi. Po chwili usłyszeli ponownie:
– Tak, ten łysy chłopak i ta dziewczyna z lokami.
Odwrócili się, przekonani, że chodzi o kogoś innego. Ale po chwili nie było już wątpliwości.
– Ale wy już macie uzdrowienie. O co jeszcze się modlicie?
Dla nich i dla całej wspólnoty było to niezwykłe doświadczenie.
– Ci ludzie znali naszą historię. Wiedzieli, przez co przeszliśmy. Towarzyszyli nam przez lata choroby i niepewności. Tym razem Bóg przypomniał nam przez zupełnie obcego człowieka, że naprawdę działa.
Bożena mówi, że właśnie wtedy zrozumiała coś bardzo ważnego.
– Nie musimy powtarzać Panu Bogu dziesięć razy tego samego. Jeśli naprawdę wierzę, że działa, to wystarczy jedna prośba. Po prostu trzeba Mu zaufać.
Dar kolejnych dzieci
Jednym z najpiękniejszych rozdziałów ich historii są dzieci. Kiedy Krzysztof zachorował, mieli już dwójkę. Podczas leczenia usłyszeli od lekarzy słowa, które brzmiały bardzo jednoznacznie.

Bożena i Krzysztof Pietraszkiewicz z dziećmi
– Jedno z pierwszych pytań lekarza brzmiało: „Czy ma pan dzieci?”. Kiedy Krzysztof odpowiedział, że tak, usłyszał: „To dobrze, bo więcej dzieci mieć pan nie będzie”.
Pan Bóg miał jednak inny plan. Po chorobie przyszło na świat jeszcze troje dzieci.
– Wszystkie były wyczekane i planowane – mówi Bożena. – Dziękujemy za nie każdego dnia.
Najmłodsze to bliźnięta. Dzisiaj mają niespełna dwa lata.
– Dają nam w kość – śmieje się Krzysztof. – Potrzeba dużo sił i cierpliwości.
Po chwili dodaje już całkiem poważnie:
– Ale są ogromnym darem.
Dla nich każde z nich jest przypomnieniem, że Bóg potrafi pisać scenariusze piękniejsze od naszych.
– Gdybyśmy nie przeszli przez wszystkie te doświadczenia, nie wiem, jak wyglądałoby nasze życie. Być może nie mielibyśmy tyle miłości dla kolejnych dzieci. Być może nie umielibyśmy tak kochać siebie nawzajem.
Krzysztof podkreśla również, jak ważnym sakramentem stała się dla niego spowiedź.
– Przez spowiedź człowiek otrzymuje łaski miłosierdzia – mówi. – Nasze bliźnięta jeszcze chodzą w pampersach. Kiedy coś im przeszkadza, od razu dają znać, że trzeba je zmienić. Z człowiekiem jest podobnie. Kiedy w sercu coś zaczyna ciążyć, kiedy nagromadzi się zbyt wiele rzeczy, trzeba pójść do konfesjonału i pozwolić Bogu to oczyścić.
Źródło: Królowa Różańca Świętego.