Tajna akcja wydobycia z Wisły zwłok ks. Popiełuszki.

Z Piotrem Laudańskim, płetwonurkiem, który wydobył zwłoki ks. Jerzego 26 października 1984 roku, cztery dni przed oficjalnym ich wyłowieniem, rozmawiają dr Milena Kindziuk i ks. prof. Józef Naumowicz.

– Laudański – to Pana prawdziwe nazwisko?

– Tak, prawdziwe, nazywam się Piotr Laudański.

– Ma Pan też pseudonim „Baleron”, tak?

– Powstał, gdy ćwiczyłem judo. Owijano mnie wtedy dwoma lub trzema pasami od kimona, ręce miałem związane z tyłu. Biegałem wokół po macie, a inni mnie gonili, próbując przewrócić. Gdy byłem grubo obwiązany, musiało to wyglądać jak baleron. I ta nazwa przylgnęła do mnie.

– Jak trafił Pan do jednostki antyterrorystycznej, znanej oficjalnie jako Wydział Zabezpieczenia Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej?

– W młodości ćwiczyłem wiele sportów, a do jednostki wciągali uczestników sportów walki: bokserów, judoków, zapaśników. Ten Wydział działał w ramach stołecznej milicji. Pracowaliśmy na etatach, powiedzmy, inspektorskich. Nikt nie miał stopnia oficerskiego. Byłem sierżantem, nie czekałem na oficerkę.

– W ramach Wydziału istniał zespół profesjonalnych, zawodowych płetwonurków?

– W Wydziale było chyba sześć czy siedem sekcji. Byłem w sekcji płetwonurków. Wysyłano nas na teren całej Polski. Zwłaszcza, jeśli pojawiały się utopienia, zaginięcia w wodzie, albo – gdy była sprawa polityczna – to przejmował ją wydział kryminalny Komendy Stołecznej. To my wchodziliśmy do wody, by szukać zwłok.

PRZYGOTOWANIA DO AKCJI

– Przejdźmy do października 1984 roku. Pan ma 28 lat, służy w antyterrorystycznej sekcji płetwonurków i…. otrzymuje specjalne zadanie…

– Otrzymałem wezwanie, mam natychmiast zgłosić się na Wydział Zabezpieczenia. Wtedy nie było telefonów komórkowych. Każdy z nas miał malutką radiostację w domu. Nie pytałem, po co, dlaczego. Nikt nie pytał, taka była zasada. Trzeba było szybko stawić się na miejscu i tyle. Błyskawicznie spotkaliśmy się z kolegami na Wydziale. Nikt nie wiedział, co jest grane. Nikt nam nic nie mówił. Kazali nam tylko pobrać sprzęt nurkowy, załadować do bagażnika samochodu butle, pianki, maski…

– I kombinezony?

– Nie, bo w suchym kombinezonie nie ma płetw, tylko buty ołowiane, żeby chodzić po dnie. Braliśmy pianki, które pozwalają swobodnie nurkować. To takie ocieplone ubrania, elastyczne, świetnie nadają się do nurkowania. Muszą być jedynie dobrze dopasowane.

– Zachował się tajny „Plan operacji kryptonim Wisła”, zatwierdzony przez szefa Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Toruniu. Zaczyna się od słów: „W świetle informacji operacyjnych oraz śledczych istnieje prawdopodobieństwo ukrycia zwłok ks. J. Popiełuszko poprzez zatopienie w akwenie wodnym Zalewu Włocławskiej zapory”. Plan jest datowany na 26 października 1984 roku. W tym dniu też był realizowany, gdyż napisano w nim: „Ustala się gotowość sił do działań na godz. 11.00 w dniu 26 bm.”. Według tego planu, kierowanie wykonaniem zadania przez oddział płetwonurków był odpowiedzialny pułkownik Waldemar Moszczyński z Warszawy, a za całość działań ppłk. Edward Pietkiewicz z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Toruniu. Według tego planu, do działań poszukiwawczych na tamie we Włocławku miano skierować 32 płetwonurków.

– Aż tylu? Trochę dużo. Nie widziałem tylu. Może to był tylko plan. Wiem, że byli także chłopcy z Poznania. Ale jest faktem, że przyjechał płk. Moszczyński, szef Wydziału Zabezpieczenia Komendy Stołecznej MO, także ppłk. Edward Misztal, jego zastępca. To od naszych szefów słyszeliśmy: „Panowie, kto znajdzie zwłoki, dostanie milion złotych nagrody”. Wówczas to był ogromna suma. Mówiłem do kolegi, do „Grabarza”: „Rysiek, kupimy sobie mieszkania”. Ale dostaliśmy potem tylko po jednym procencie z tej sumy, chociaż to my znaleźliśmy zwłoki.

– Ilu was zatem pojechało z Warszawy?

– Z Wydziału Zabezpieczenia chyba czterech czy pięciu. Wiem, że jechałem z „Grabarzem”, „Jacksonem”, „Spławikiem”. Nie pamiętam, czy wyjechaliśmy wieczorem i nocowaliśmy we Włocławku. Ale raczej wyjechaliśmy z samego rana i przyjechaliśmy przed południem na tamę we Włocławku.

– Czy mówili wam wtedy, że to jest tajna akcja?

– Nikt nic nie mówił. Gdy jechaliśmy na akcję, mieliśmy czekać na polecenia i je wykonywać. Nie musieliśmy wiedzieć wszystkiego. My nie pisaliśmy raportów, nie pisaliśmy notatek. Od tego byli dowódcy jednostki. My byliśmy dobrze wyszkoleni. I dobrze też zgrani, rozumieliśmy się bez gadania. Wszystko było profesjonalne, wykonane na zimno. Każdy wiedział, co ma robić. Przyjechaliśmy na miejsce, trzeba było się przebrać i czekać na hasło.

– A Pan wiedział, kogo dotyczy akcja?

– Wiedziałem, że chodzi o księdza. Domyślałem się, że o Popiełuszkę. Jak mogłem nie wiedzieć, nawet jeśli nikt nas o tym nie informował, to było oczywiste. Przecież o jego zaginięciu było głośno w całej Polsce. Zresztą po jego porwaniu, po 19 października, na nasz Wydział wpadły służby, dopytując, czy my to zrobiliśmy. Pytali usilnie, wreszcie któryś z kolegów odpowiedział: „Gdybyśmy to my zrobili, to nigdy byście go nie znaleźli”. I dali nam spokój. To była najgłośniejsza sprawa w tym czasie.

DZIAŁANIA PRZY TAMIE WE WŁOCŁAWKU

– Jak zaczęły się poszukiwania w Wiśle?

– Rzecz ciekawa: powiedzieli nam, że możemy badać wody na całej szerokości części spustowej tamy, czyli około 250 metrów, ale nie wolno nam było zbliżać się do czwartego przęsła. To dziwne. Jakby już było wiadomo, że tam coś się znajduje. Ale mieliśmy duży obszar do zbadania, gdyż w części przepustowej tamy jest dziesięć przęseł, między którymi są śluzy służące do spuszczania wody. Byliśmy długo w wodzie. I nic. A później przyjechał on i wskazał. Ten jąkała, chyba Chmielewski.

– To bardzo istotna informacja. Zachował się „Protokół oględzin miejsca wrzucenia osoby ks. Jerzego Popiełuszko wskazanego przez podejrzanego W. Chmielewskiego na stopniu wodnym we Włocławku” z 26 października 1984 roku, obecnie w archiwum Instytutu Pamięci Narodowej (IPN By 082/98 t. 2 151/III oraz IPN BU O 678/43/1). Do protokołu są dołączone zdjęcia z tej wizji lokalnej. Proszę zobaczyć: czy Pan rozpoznaje na tych zdjęciach człowieka, który stoi na tamie, przy żelaznej balustradzie? I czy to jego Pan widział wtedy?

– Tak, to ten. Jąkała. On tak stał przy tej barierce i go mocno telepało. Trząsł się. Albo grał, albo dostał jakiegoś urazu. Na zdjęciach widać, że przywieźli go porządnym samochodem. Bezpieka miała wtedy dobre samochody.

– Czyli Pan widział wtedy na tamie jednego z porywaczy, Waldemara Chmielewskiego, który później w czasie procesu toruńskiego mówił, wyraźnie się jąkając?

– Też pamiętam go z procesu toruńskiego, gdyż byłem w obstawie tego procesu. We Włocławku byliśmy stosunkowo blisko. My staliśmy na brzegu przy wodzie, już przebrani, a on stał na moście. Widziałem, jak dyskutowali z nim na moście, on nachylał się przez barierkę i coś pokazywał ręką. Nie słyszałem, co mówili. Potem któryś z „bezpieczników” [ze Służby Bezpieczeństwa] stojących z nim na moście, wydał nam polecenie, by szukać zwłok przy czwartym przęśle. Wtedy stało się jasne, dlaczego wcześniej nie kazali nam szukać w tym miejscu. Nasze działanie miało być takie: gdy zwłoki księdza zostaną znalezione, nie wolno ich wyciągać, należy je zostawić na miejscu w wodzie, dać ręką znak, że jest znalezione, po czym odciąć kawałek sutanny.

– W jakim celu mieliście odciąć kawałek sutanny?

– Takie mieliśmy polecenie. Mówili nam, że ucięty kawałek sutanny zostanie wzięty do analizy, do Warszawy. Ale to było coś podejrzanego. Typowa ściema, dlatego ja do tego się nie przywiązałem. Przecież było wiadomo, że chodzi o księdza, że leży on w wodzie przy tamie, tam była głębokość dwóch, może trzech metrów, chyba nie więcej. Więc co było tu analizować?

– A pamięta Pan, w którym miejscu dokładnie zobaczył Pan zwłoki księdza?

– Kiedy byłem przy trzecim przęśle, jeszcze nic specjalnie nie było widać. Dopiero kiedy podpływałem dalej, do czwartego przęsła, już było wyraźnie widać postać. Jednak ksiądz nie był przy samym słupie, ale trochę dalej od spustu. Wtedy ktoś wystawił rękę z wody, że ksiądz został znaleziony. Ktoś inny odciął kawałek sutanny.

– Kto odciął?

– Któryś z chłopaków. Kto by nie chciał to zrobić?! Odciął chyba „Grabarz”, bo byliśmy na tej akcji razem. Ale nie wiem dokładnie. W wodzie wszyscy mieli maski, nie było widać twarzy. Widziałem postacie, ale nie twarze. Nie wiem też, czy ktoś miał scyzoryk czy nożyczki.

– Jak Pan wyciągnął księdza, to już tego kawałka sutanny nie było?

– Jak go później holowałem, widziałem, że kawałek sutanny jest już odcięty. I nie wiadomo co się z tym stało, gdzie go oddano. Powiedzieli, że do analizy.

– Jak wyglądała sutanna? Była zniszczona, brudna, zabłocona?

– Leżała w wodzie, więc nie była brudna, ale też nie była nieskazitelnie czysta. Może trochę zabłocona.

– Nie była cała w mule?

– Nie. Słuchajcie: tam jest twarde dno, betonowe czy kamieniste, ale bez mułu. Wiadomo, że na kamykach powstaje jakiś osad. Ale nie było mułu. Muł jest w jeziorach, a rzadko kiedy w rzekach, bo w nich woda płynie i muł spływa. W miejscu, gdzie był ksiądz, było betonowe podłoże. Gdyby był muł, to pod wodą byłoby tak ciemno, że własnych dłoni bym nie widział. A tam było widać. Nawet jeśli woda nie jest tam całkowicie czysta ani przejrzysta, to zobaczyłem wyraźnie kontur postaci, sylwetkę człowieka w sutannie. Widoczny też był worek przy nodze, bo odróżniał się od czarnej sutanny.

– Gdy zobaczył Pan księdza Popiełuszkę pod wodą, to w jakiej pozycji: leżącej, klęczącej czy pionowej?

– Nie mógł być w pozycji pionowej, bo był tak związany sznurkami, że nie mógł być wyprostowany. Nogi miał podkurczone, dotykał nimi dna, do nich był przywiązany worek z kamieniami. Nie wisiał w wodzie, ale dotykał dna. Nie leżał też na brzuchu, ale znajdował się pod lekkim kątem. Nie przyglądałem się długo. Chwyciłem go z tyłu za ramię, za sutannę i ciągnąłem pod wodą.

– Gdy Pan wyciągnął księdza na powierzchnię wody, to został on włożony na ponton?

– Nie. Mieliśmy polecenie, by nie wkładać go na ponton. Dlaczego? Może dlatego, by było widoczne, w jakiej był pozycji, żeby go nie naruszyć, może dla jakichś potrzeb śledczych. Ciągnąłem go więc cały czas pod wodą, po prostu go holowałem. Jedna ręką trzymałem go za ramię, drugą chwyciłem się za ponton. Koleżka, który siedział w pontonie, wiosłował. Miał dwa wiosełka, gdyż w takiej akcji nie mogło być silnika. On wiosłował, ja trzymałem zwłoki, ktoś inny mnie asekurował.

PRZY ZWŁOKACH KSIĘDZA NA BRZEGU

– Jak długo Pan ciągnął zwłoki ks. Popiełuszki w wodzie do brzegu?

– Nie wiem. Ciągnąłem od czwartego przęsła do brzegu, a więc chyba ponad 80 metrów.

– W jaki sposób Pan go położył na brzegu? Zapewne na plecach?

– Nie na plecach, ale na boku. Leżał na prawym boku, pamiętam to, bo widziałem jego lewe ucho. Widziałem, że z lewego ucha sączyła się rzadka krew z wodą. Tę krew z ucha pamiętam do dziś. Może to było osocze, woda rozrzedzona z krwią. Sączyła się, delikatnie. To znaczyło, że musiał mocno dostać w głowę. Bo jeśli osocze lub krew leci z ucha, to musiało być mocne uderzenie z tyłu głowy. Na sto procent. Bo jak ktoś dostanie z przodu, wtedy krew leci z nosa. A u niego nie było widać opuchlizny nosa.

– Jak wyglądał na twarzy?

– Nie rzuciło mi się w oczy, że był opuchnięty. Nie powiem też, że na twarzy był jakoś specjalnie poobijany. Na pewno miał siniaki. Wokół jednego oka był jakiś krwiak, jakby rozcięta brew czy coś innego. Nie wiem jednak, jak wyglądało całe ciało pod sutanną.

– Czy ksiądz Jerzy mógł jeszcze żyć, gdy był wrzucany do Wisły?

– Nie sądzę. Zwłaszcza, że wcześniej musiał mocno dostać w głowę, i to mogło być uderzenie śmiertelne. Zresztą, podczas sekcji zwłok nie stwierdzono, żeby walczył pod wodą. Nie wykazano też, że się zachłysnął. Gdyby próbował oddychać w wodzie, dostałaby się ona do płuc, a tam jej nie było. Nawet gdyby został wrzucony żywy, to nie mógłby wypłynąć, bo był związany w azjatycki sposób: ręce z tyłu, nogi również związane.

– Co oznacza związanie „w azjatycki sposób”?

– Takie jak w Katyniu. Tak się mówiło. Ręce związane do tyłu, ponadto do nóg i do szyi. Ksiądz nie mógł spuszczać rąk w dół ani prostować nóg, bo linka uciskała mu krtań i się dusił. Ile można tak wytrzymać? Ale węzły nie były profesjonalne, ale bezładne, zrobione szybko, byle jak. Widać, że robili to amatorzy. Widać, że ich zżarła panika albo przeciwnie – byli zbyt pewni siebie. Gdyby też rzeczywiście chcieli całkowicie zatrzeć ślady i zatopić księdza całkowicie, wrzuciliby go do wody po drugiej stronie tamy we Włocławku. Tam są turbiny, które od razu przemielą człowieka. Nikt by go nie znalazł. Nikt!

– Wrzucenie ciała z drugiej strony tamy, czyli przed zaporą, w praktyce nie wchodziło w grę. Tam woda jest spiętrzona – głęboka, pełna wirów, tak działają śluzy, a dalej turbiny elektrowni. Dlatego tamta strona na moście jest odgrodzona wysoką, metalową siatką. Po to, by nikt tam nie wpadł ani nie skoczył do wody. Przerzucić zwłoki z tamtej strony było trudno, wręcz niemożliwe. Zrzucili więc księdza od tej strony, gdzie jest niska barierka – żelazna balustrada, około metra wysokości.

– No tak, nie pomyślałem o tym. Ale także z tej strony, gdzie myśmy szukali, czyli już za tamą, woda nie musiała być spokojna. Wprawdzie, gdy byliśmy w wodzie, ona płynęła powoli, gdyż spusty były zamknięte. Jednak co jakiś czas są one otwierane, wtedy woda leci pod dużym ciśnieniem. Jeśli ksiądz leżałaby przy śluzie wiele dni, czyli od 19 października, jak oficjalnie ustalono, to woda by go poniosła, by go zmiotła, zabrałaby go kilkaset metrów dalej. Nie wiem, jak częste są spusty wody jesienią, w październiku, ale z pewnością są. Chyba coś tu nie gra.

Co działo się, gdy Pan, trzymając się pontonu, dobił ze zwłokami do brzegu?

– Kiedy przyholowaliśmy zwłoki, to znaczy ja, koleżka na pontonie i drugi, który mnie asekurował, wyjęliśmy je na brzeg. Tam było już mnóstwo „bezpieczników”. Nie wiem, skąd aż tylu ich się nazbierało. Gdy tylko położyliśmy zwłoki, od razu kazali nam je zostawić i odejść. Powiedzieli: „Panom już dziękujemy. Panowie, do widzenia”. Musieliśmy szybko zniknąć.

Jakie działania były prowadzone na brzegu?

– Skąd mogę wiedzieć? Zwłoki zostały natychmiast otoczone, wokół nich powstało ścisłe „kółeczko”. Tam już bezpieka robiła swoje. Nie można było tam zajrzeć. Gdyby ktoś zaglądał, mógł dostać w głowę. Ale zapamiętałem dokładnie tę chwilę, jak ksiądz leżał na brzegu.

Dlaczego akurat ten widok? Z pewnością widział Pan zwłoki w gorszym stanie?

– To fakt, podczas licznych akcji widziałem zwłoki w stanie gorszym: rozkładające się, poćwiartowane, bez rąk, i tak dalej. Ale tę twarz księdza wciąż widzę, ciągle mam w pamięci, jak on leży związany sznurami. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Tę akcję traktowałem jak każdą inną: znaleźć nieboszczyka w wodzie. A jednak zostało mi w głowie i siedzi w niej do dziś.

TO BYŁO PIERWSZE WYDOBYCIE ZWŁOK POPIEŁUSZKI Z WISŁY

– Niedawno w jednym z czasopism został opublikowany artykuł, w którym autor przytoczył słowa dr. Tadeusza Jóźwika (brał on udział w sekcji zwłok ks. Popiełuszki w Białymstoku), że 26 października 1984 r. „nie wydobyto całego ciała [ks. Popiełuszki]. Tylko głowa kapłana znalazła się nad taflą wody, przy pontonie. Identyfikacja polegała na tym, że wyjęto knebel z jego ust i przesunięto na szyję taśmę klejącą, którą był obwiązany na wysokości ust i knebla. I w takim stanie zwłoki księdza zostały ponownie zatopione”. Co Pan na to?

– A skąd on to wytrzasnął? Całkowita bujda.

– Jest też inne matactwo, jak się wydaje. Cytowany już „Protokół oględzin miejsca wrzucenia osoby ks. Jerzego Popiełuszko…” kończy się tak: „Penetracja dna [przy tamie] dokonana przez płetwonurków nie przyniosła pozytywnego efektu – dała wynik negatywny. Na tym oględziny zakończono dnia 26.10.1984 roku godzina 16.20”. Czyli – nikogo nie znaleziono?

– To farmazon!

– Czyli nieprawda?

– Oczywiście, że nie. To farmazon. Wiem dokładnie, co zrobiłem. I prawdą jest to, co tutaj wam powiedziałem. Niczego nie zmyślam. Ale wiem też, że krążą różne brednie. W książce o naszej jednostce, czyli Wydziale Zabezpieczenia, jeden z moich byłych kolegów napisał, że to on wyłowił księdza Popiełuszkę razem ze „Spławikiem”. I wielu innych sobie to przypisuje. Pytam się wszystkich moich byłych kolegów, czy ktoś po wyłowieniu zwłok księdza był wzywany na przesłuchanie do siedziby SB w Warszawie? Ja byłem, a żaden z nich nie był. A każdy się podpina, że wyłowił te zwłoki.

– Czy Pan znał płetwonurka Henryka Laskowskiego?

– Znałem go bardzo dobrze. Był w naszym wydziale antyterrorystycznym. Już świętej pamięci, nie żyje. Pseudonim: „Zorro”. Bardzo dobry chłopak.

– Otóż Laskowski złożył oświadczenie, że to on wyłowił zwłoki księdza Popiełuszki. Napisał: „Około godziny 17 przy czwartym przęśle tamy włocławskiej wydobyłem zwłoki księdza Jerzego Popiełuszki… [Najpierw] zobaczyłem przywiązany worek. Największym problemem było wydobycie na powierzchnię ciała księdza obciążonego workiem z kamieniami. Tam czekały dwa pontony. Pomiędzy nimi rozłożono siatkę, na której zwłoki miały zostać transportowane do brzegu”. Dalej Laskowski pisze, że dopiero za trzecim razem wypłynął na powierzchnię ze zwłokami. Udało mu się to dopiero wtedy, gdy odpiął swój pas balastowy. Po wypłynięciu złożył ciało księdza na siatce między dwoma pontonami, a sam podpłynął do brzegu. Po przebraniu się podszedł „do księdza, który leżał na wznak na trawie”. Potem polecono mu zawieźć zwłoki do Białegostoku.

– Nie pogniewacie się, ale powiem jedno: blagier. Po pierwsze, nie było Henia, gdy wyciągałem zwłoki księdza z Wisły. Worek przy nodze nie był aż tak ciężki, by utrudniał wyciągnięcie całości. Sam ciągnąłem zwłoki z tym workiem bez trudu. I ta siatka rozpięta między pontonami – to już wygląda na aranżację. To nie była standardowa akcja, tylko coś przygotowanego na pokaz. Każdy nurek po prostu ciągnąłby ciało w wodzie, tak jak my to zrobiliśmy. Zresztą Henio był chłopakiem do biegania, do strzelania, ale nie do nurkowania…! Nie widziałem go nigdy w naszych resortowych „zawodach” w pływaniu. Może gdzieś nurkował, ale nie przy mnie. Heniu, przeholowałeś…

– W tym miejscu trzeba wreszcie wyjaśnić, że były dwa wydobycia zwłok księdza przy tamie we Włocławku: jedno 26 października, drugie 30 października. O pierwszym najlepiej świadczy cytowany „Protokół oględzin miejsca wrzucenia osoby ks. Jerzego Popiełuszko” z Waldemarem Chmielewskim, którego Pan widział, jak stał na tamie. Jest wyraźnie podana data tej wizji lokalnej – 26 października. Wtedy też był realizowany już cytowany, „plan operacji kryptonim Wisła”. Pan brał udział w wydobyciu zwłok w tym dniu. Jednak zwłoki wydobyte przez Pana 26 października ukryto na pewien czas. Władze bały się silnej reakcji społecznej. 26 października gen. Czesław Kiszczak powołał komitet MSW i MON do opracowania planu działania w tej napiętej sytuacji, proponował nawet wprowadzenie w Polsce stanu wojennego BIS, by opanować, jak głosił, ogólnokrajową kontrrewolucyjną organizację duchownych i świeckich. Dlatego wydobycie zwłok 26 października utajniono. Po czterech dniach, 30 października, było drugie, oficjalne wyłowienie, przy którym były już specjalnie sprowadzone kamery, pojawiła się krótka relacja w „Dzienniku telewizyjnym”. Wtedy do Włocławka przyleciał helikopterem sam gen. Kiszczak. Są zdjęcia zwłok księdza na metalowej siatce rozłożonej między pontonami, także zdjęcia zwłok księdza leżącego na wznak na brzegu, itd.

– Pierwszy raz słyszę, że tak to wyglądało, że były dwa wyłowienia. Nie interesowałem się już tym, co działo się później, myślałem, że moje było jedyne. Fakt, gdy była nasza akcja, to Kiszczak na tamie nie było, ja go nie widziałem. Jest też pewne, że te dwa pontony z siatką – to była „ustawka”. Heniu [do płetwonurka Laskowskiego, który wyłowił ciało 30 października], przepraszam cię: nie jesteś blagierem, ale ściemniasz z tym ciężkim workiem z kamieniami. Sam byś dał radę wyciągnąć księdza. Ale widocznie tak ustalili i kazali mu tak zrobić, by lepiej się „sprzedało”.

– Z tego wynika, że Henryk Laskowski o swej akcji Panu nie mówił?

– On nie mógł mówić. Po prostu nie mógł. Nikt by nie mówił. Ja też bym nie mówił. O udziale w takich akcjach się nie mówiło innym. Gęba na kłódkę, język za zębami. W służbach nie było żartów. Zdarzały się przypadki, gdy ktoś za dużo mówił: mógł sam się powiesić w mieszkaniu, mogła na niego najechać z tyłu ciężarówka, mogła ucierpieć rodzina. Heniu swoje zeznanie napisał na pewno już wtedy, kiedy groziło mu znacznie mniej.

– Henryk Laskowski napisał także, że przy nim technik wyjął z sutanny księdza legitymację i było tam napisane: „Jerzy Popiełuszko”. Czy możliwe, by dokumenty tak długo zachowały się w wodzie?

– Powiem, że możliwe. Gdyby były napisane piórem wiecznym, to by się rozmazały lub rozmyły całkiem. Ale długopis czy druk wytrzymał. Wiem, że po moim wyciągnięciu księdza, w jego kieszeniach znaleziono banknoty, także dokumenty, nawet jakieś zaświadczenia. Były czytelne. Trzeba by spytać jakiegoś specjalistę, jak długo w wodzie mogą przetrwać dokumenty pisane.

TAJEMNICA PLASTRA NA USTACH

– Pan wspomniał, że po akcji na tamie 26 października był Pan przesłuchiwany w siedzibie Służby Bezpieczeństwa w Warszawie?

– Tak, w trybie pilnym zostałem wezwany na ulicę Rakowiecką. To było chyba dwa czy trzy dni po powrocie do Warszawy. Przesiedziałem na Rakowieckiej cały dzień. Działo się jak w powojennym UB: pokój z szafą pancerną, biurko, lampa świecąca prosto w oczy, na stole porozrzucane zdjęcia. Siedzę, czekam, oglądam te fotografie. Na jednej widzę: ksiądz Jerzy skrępowany, na innym twarz księdza. Co jakiś czas ktoś przychodził do mnie, nie przedstawiał się. Było tylko jedyne pytanie: „Czy Popiełuszko miał plaster na ustach?”. Odpowiadam: „Przecież macie zdjęcia. Widzicie, jak go doholowałem do brzegu. Podczas holowania czy może już w wodzie ten plaster trochę się odkleił, dlatego na zdjęciach widać, że zakrywa tylko połowę ust”. To był zwykły plaster opatrunkowy, wtedy nie było jeszcze wodoodpornych, więc się odklejał. Dziwne to było wszystko. Siedziałem tam z pewnością dwanaście godzin albo więcej, a oni wciąż wracali tylko do tego jednego: czy Popiełuszko miał plaster na twarzy. Nie interesowało ich, jak był związany czy pobity. Pytali w kółko o ten plaster – o nic więcej.

– Wtedy to musiało być ważne. Wiadomo, że po wyciągnięciu zwłok księdza z Wisły Pan zostawił je na brzegu. Wszystko wskazuje na to, że zostały one przewiezione do prosektorium w szpitalu we Włocławku. Są świadkowie, którzy to potwierdzają. Zapewne zwłoki miały tam czekać, aż nadejdzie właściwy czas na ich ujawnienie, a może były nieco charakteryzowane, przynajmniej twarz. Pan był przesłuchiwany zapewne dlatego, że przygotowywano zwłoki do powtórnego wrzucenia do Wisły. W każdym razie, gdy 30 października oficjalnie je wydobyto z Wisły, plastra nie było na ustach, ale był biały przylepiec luźno owinięty wokół szyi.

– Może nie dało się już przykleić plastra, bo twarz nieco się zmieniła.

– Chyba tak. Proszę przyjrzeć się zdjęciom twarzy ks. Jerzego po wyciągnięciu jego zwłok 30 października. Jest ona pokryta brunatną czy czarną substancją, jakby mułem, tak, że nawet rysy twarzy są mniej widoczne. Te substancję trudno było zmyć przed sekcją zwłok w Białymstoku, co widać na filmie i zdjęciach z przebiegu sekcji. Czy twarz księdza tak wyglądała 26 października, gdy Pan ją widział? Czy była zaczerniona?

– W żadnym wypadku. Przecież leżała w wodzie. Była obmyta wodą. Powiedziałbym: czysta. Tylko siniaki i ten krwiak przy jednym oku, ale cała twarz jasna, dobrze widoczna, nie było na niej błota czy mułu. Wyglądała inaczej niż na tych zdjęciach zrobionych po drugim wyłowieniu zwłok.

„POPIEŁUSZKO DWA RAZY URATOWAŁ MI ŻYCIE”

– Jest Pan ważnym świadkiem wydarzeń związanych z męczeńską śmiercią ks. Popiełuszki. Czy ks. Jerzy jakoś pojawił się później w Pana życiu?

– Dwa razy uratował mi życie. Pierwszy raz – 14 grudnia 1998 roku. Byłem wtedy kierowcą Mariana, bossa mafii wołomińskiej, znanego pod pseudonimem „Klepak”. Wsiadamy do samochodu, odpalam silnik – i nagle eksplozja. Bomba pod autem. Tak silna, że uszkodzony został strop pod naszym wozem, koło naszego auta odrzuciło dobrych sto metrów dalej, rozwaliło kilka okolicznych samochodów. A ja? Bolała mnie tylko lewa pięta. Nic więcej. To pierwszy raz, gdy śmiało mówię, że ktoś „z góry” trzymał nade mną rękę.

Drugi raz – kilka miesięcy później. Wyjechałem w interesach do Francji. W tym czasie mój boss i kilku moich kolegów zginęło w strzelaninie w „Gammie” na Woli. Gdybym wtedy nie wyjechał, byłbym z nimi i bym nie żył. Dlatego powtarzam: dwa razy Popiełuszko uratował mi życie. A uświadomiłem to sobie, gdy siedziałem w więzieniu we Francji.

– A dlaczego we Francji?

– Bo tam mnie zatrzymali. Nie pytajcie, za co. Ale powiem: przewoziłem morzem 24 tony haszyszu. Ktoś nas wsypał. Wiem kto i za ile. Płynęliśmy Kanałem La Manche, kiedy przechwyciła nas francuska straż. Rekordowa wpadka – z taką ilością towaru. Tak trafiłem do więzienia na północy Francji, niedaleko Lille. Wtedy odwiedzała mnie tam Beniamina, Polka, sercanka, to znaczy siostra zakonna ze Zgromadzenia Służebnic Najświętszego Serca Jezusowego. Przychodziła do więźniów w poniedziałki. Gdy się dowiedziała, że jestem Polakiem, nawiązała ze mną serdeczny kontakt. Miała zawsze dobre słowo dla mnie. To jej wszystko opowiedziałem. Wiedziała, że to ja wyłowiłem zwłoki ks. Popiełuszki.

– Tak się składa, że kilka tygodni temu mieliśmy prezentację książki „Niezwykłe objawienia ks. Popiełuszki we Włoszech” w parafii prowadzonej przez księży sercanów. Jeden z nich opowiadał nam, że prowadził rekolekcje u sióstr sercanek na północy Francji i że tam jedna z zakonnic opowiadała, że odwiedzała w więzieniu Polaka, który wyciągnął zwłoki ks. Popiełuszki z Wisły. Myśleliśmy wtedy, by odnaleźć tego człowieka. I oto Pan jest. Czy to zbieg okoliczności?

– Powiem wam szczerze: siostra Beniamina to kochana kobieta, pamiętam ją dobrze. Ile ona mi tam pomogła, to nikt na świecie mi tak nie pomógł. Modlę się za nią, bo to jest złota kobieta. Gdy po opuszczeniu więzienia pracowałem w Brukseli u mojego kolegi, udało mi się ją odwiedzić. Rozmawialiśmy cały dzień. Ach te siostry, są kochane. Siostra Beniamina sprowadziła też do mnie ojca Piotra ze zgromadzenia oblatów we Francji. Też Polak, były wojskowy. Przyjeżdżał do mnie, do więzienia. Fantastyczny facet. Rozmawialiśmy na zasadzie spowiedzi. Te rozmowy bardzo wiele mi dały. To dzięki nim zrozumiałem, że to ks. Jerzy uratował mi życie dwa razy.

– Pan się wtedy nawrócił?

– No w pewnym stopniu tak. Ojciec Piotr powiedział mi też, że mam teraz w życiu misję do spełnienia.

– Jaka to misja? Jak Pan ją rozumie?

– Chcę czynić dobro: uczę dzieci pływać, na zajęciach grupowych w dzielnicowych ośrodkach sportu, ale też indywidualnie. Poświęcam im wiele czasu. Nie mogę im odmówić, gdy proszą. I muszę powiedzieć, że dobro wraca. Wyobraźcie sobie, jak siedziałem we Francji, moja rodzina się rozpadła. Żona z dziećmi zniknęła, wyjechała za granicę. Nie mogłem znaleźć z nimi kontaktu. Akurat teraz, odezwała się do mnie moja córka, Ania, po 25 latach! Teraz też nawiązuję kontakt z moim synem, Piotrkiem, po 25 latach! Czyli dobro wraca! Nie jestem zatem takim ostatnim gałganem. Dobro wraca. Chciałbym odnaleźć całą rodzinę. Muszę jeszcze pożyć, chociaż w tym roku mam już siódemkę z przodu.

– Czyli ma Pan 70 lat, ale jest Pan w znakomitej formie.

– Ćwiczę cztery razy w tygodniu. Nie ma litości. Poważnie. To jest podstawa, by zachować formę.

– Odwiedził Pan grób księdza Jerzego?

– Tak. Kiedyś przyjeżdżałem przez warszawski Żoliborz, mówię sobie: wstąpię, zobaczę. Byłem przy grobie.

– Kim jest dla pana ksiądz Popiełuszko dzisiaj?

– Na pewno jest bohaterem. Wciąż widzę jego twarz, gdy go wyciągałem z Wisły. Z tym plastrem do połowy ust. Widzę go, widzę…. To jest w moim życiu ktoś, kto ze mną zostanie, na zawsze będzie w mojej głowie. Dziękuję Jerzemu, bo dwa razy mnie uratował. No i będzie na mnie czekał. Tam (pan Piotr wskazuje palcem w górę).

Z Piotrem Laudańskim rozmawiali dr Milena Kindziuk i ks. prof. Józef Naumowicz

(rozmowę przeprowadzono 8 marca 2026 roku)

Źródło: Niedziela

komentarze zostały wyłączone